Dar od Pana Boga

 


1W zawodach kolarstwa ręcznego zdobył już wszystko: złoto na paraolimpiadzie, mistrzostwo świata, Puchar Świata i Puchar Europy. Jest najlepszy na świecie. Po wypadku na torze żużlowym, który miał miejsce 10 lat temu, stracił władzę w nogach, ale nie załamał się. Ani przez chwilę nie stracił wiary. Wręcz przeciwnie! „Dostałem drugie życie, to był dar od Pana Boga. Na starcie zawsze towarzyszy mi różaniec i figurka Matki Bożej z Medjugorie” – mówi Rafał Wilk w rozmowie z Barbarą Anielik.

 

 

 

Z jakimi wrażeniami wrócił Pan z paraolimpiady w Rio de Janeiro?

Jestem zadowolony z dwóch medali, które zdobyłem, choć rozczarowała mnie trasa, na której przyszło nam rywalizować. Jak dla mnie była zbyt łatwa, płaska. Spodziewałem się czegoś bardziej wymagającego. Przecież to igrzyska raz na 4 lata! Trudno, walczyłem w takich warunkach, jakie nam przygotowano.

 

To była druga Pana paraolimpiada. Debiutował Pan cztery lata temu w Londynie. Było łatwiej ze względu na zdobyte wcześniej doświadczenie?

Za każdym razem igrzyskom towarzyszą ogromne emocje. Pod tym względem to wyjątkowa impreza, nie da się jej z niczym porównać, nawet z mistrzostwami świata. Londyn przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Dzień w dzień na Stadionie Olimpijskim zasiadało 80 tysięcy widzów. Na trasie wyścigów, w których startowałem, było ponad 100 tysięcy kibiców. To zupełny kosmos i chyba przełom w zmaganiach paraolimpijczyków. W Brazylii było inaczej. Na trasie nie spotkałem już takich tłumów jak w Anglii, choć atmosfera była bardzo dobra.

 

Kiedy odebrał Pan złoty medal paraolimpiady, wysłuchał Mazurka Dąbrowskiego, wzniósł Pan oczy ku niebu i podniósł rękę. Medale z Londynu dedykował Pan tragicznie zmarłemu tacie. Dla kogo były medale z Rio de Janeiro?

To był prezent dla mamy. Za wszystko, co dla mnie zrobiła.

 

Kiedy rozmawialiśmy cztery lata temu, marzył Pan o starcie w bardzo prestiżowych zawodach Alaska Challenge. Nie tylko wystartował Pan w nich, ale też je wygrał…

Spełniło się moje marzenie. Bardzo chciałem wygrać ten najtrudniejszy na świecie etapowy wyścig organizowany na Alasce od 30 lat. Wcześniej startowali już w nim Polacy, ale nikomu nie udało się zwyciężyć. Mam paterę triumfatora, to najważniejsze, czuję się tak, jakbym wygrał Tour de France! To świetna impreza: siedem etapów, ponad 350 kilometrów. Zawody inne niż pozostałe. Piękne widoki, na trasie spotkałem łosia i niedźwiedzie. Wygrałem w 2013 roku, w 2015 nie startowałem, bo termin kolidował z mistrzostwami świata. Może w przyszłym roku znów uda mi się tam pojechać?

 

Jak zawodnik, który w swojej dyscyplinie sportu zdobył już wszystko, znajduje motywację do dalszych treningów i startów?

Motywacji na pewno mi nie zabraknie! Cały czas mam chęć, by rywalizować. Każdy kolejny sukces mnie cieszy i nakręca do dalszej pracy. Poza tym każdy nowy sezon jest inny, niepowtarzalny. Zawsze przecież można poprawić swój wynik, czas na trasie. W sezonie pokonuję na ręcznym rowerze około 15 tysięcy kilometrów. Jako sportowiec czuję się spełniony, choć mam nadzieję, że sporo jeszcze przede mną.

 

Powraca Pan czasem myślami do wypadku w 2006 roku na torze żużlowym, po którym został Pan sparaliżowany?

Nie ma po co. Ta księga jest dawno zamknięta, a okładka od tej księgi bardzo ciężka (śmiech). Pewien etap życia się zakończył, a rozpoczął się nowy. Nie żużlowy, a rowerowy. Nie narzekam, jest chyba nawet lepiej niż było. Kiedyś nie marzyłem nawet o tym, że pojadę na igrzyska paraolimpijskie i zdobędę medale. Nie odbieram tego wszystkiego jako kary za grzechy. Tak się miało potoczyć moje życie i już.

 

Nie miał Pan po wypadku pretensji do Pana Boga?

Nigdy! Może dostałem taką misję od Pana Boga, żeby pokazać innym ludziom, że kiedy nasze życie wywróci się do góry nogami, to nie powód, by się na niego obrażać. Żeby mieć żal do tego, kto nam tę krzywdę wyrządził. Nigdy nie miałem pretensji do zawodnika, który wpadł na mnie na torze. Nie pytałem: «Dlaczego ja?». Może moja głowa jest inna? Potraktowałem to jako wyzwanie losu. Z natury jestem wielkim optymistą, taki się urodziłem. Przerażony byłem tylko w pierwszych tygodniach po wypadku, bo ktoś musiał być ze mną, bym sobie ze wszystkim radził. Musiał pomóc mi siąść na wózek, ubrać się itd. Nagle zrobiłem się, jak z gumy, nagle wszystko się zmieniło. Żmudna rehabilitacja, nieraz po osiem godzin dziennie sprawiła, że czułem się coraz lepiej, coraz pewniej. Po kilku miesiącach sam sobie radziłem z codziennym życiem. W domu nie mam niczego przystosowanego jak dla osoby niepełnosprawnej. Wychodzę o własnych siłach na drugie piętro. Jestem sprawny, tyle tylko, że siedzę.

 

Mówił Pan, że po wypadku Pana relacje z Panem Bogiem poprawiły się. Jak to rozumieć?

Bardziej otworzyłem się na Pana Boga, otworzyłem swoje serce. Częściej i bardziej szczerze z Nim rozmawiam. Wiem, że zawsze na mnie czeka, zawsze ma czas. Mogę Mu wszystko powiedzieć. Pokazuje mi, jak iść własną drogą i mam nadzieję, że realizuję Jego wizję. Cóż byłoby warte nasze życie bez Boga?

 

Mówienie o Bogu, wierze nie jest dziś popularne. Pan nie ma z tym żadnego problemu…

Czego i kogo mam się wstydzić? Kolegów? Dla mnie to dziwne i chore. Jesteśmy krajem katolickim, zawsze tak było i co – nagle mamy się tego wstydzić? Dlaczego? Mamy ściągać krzyże? W imię czego? Myślę, że wielu ludzi toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Bo robią coś nie w zgodzie z własnym sumieniem, wiarą, przekonaniem. Przyjdzie czas, że się opamiętają. Pan Bóg od nas się nie odwraca, cały czas czeka. Myślę, że duża grupa młodych ludzi przeżywa trudny czas, ale w końcu znajdą właściwą drogę. Jest bardzo wielu wartościowych młodych ludzi, którzy dają przykład, modlą się, chodzą do kościoła. Kiedyś na jednym ze zgrupowań, w niedzielę zapytałem kolegów, kto wybiera się do kościoła. Usłyszałem śmiech. Pomyślałem, śmiejcie się, ale często bywa tak, że «jak trwoga to do Boga». Nie tędy jednak droga, nie tak powinno to wyglądać. Kontakt z Panem Bogiem powinno się mieć cały czas. Wiarę wyniosłem z domu, a później trafiałem w swoim życiu na ludzi, którzy pokazywali mi drogę. Jestem im za to wdzięczny.

 

Podczas zawodów podróżuje Pan z Matką Bożą z Medjugorie…

Figurkę Matki Bożej dostałem od kolegi Darka z Lublina. Wożę ją za pasem, przymocowaną dobrze, tak by była bezpieczna i by mi nie wypadła w czasie jazdy. Na przegubie mam też różaniec. Słyszałem, że różaniec to naboje na szatana. Staram się nie opuszczać niedzielnej Mszy Świętej, choć ze względu na starty czasem jest to trudne. Od jakiegoś czasu modlę się też w języku… aramejskim, jakim mówił Pan Jezus. Koleżanka dała mi płytkę z modlitwami w tym języku, jednej z nich się nauczyłem.

 

Dziękuję za rozmowę!

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *